Różne opowieści o naszych zwierzętach

Blogi użytkowników forum Hotfix
Awatar użytkownika
stukot

VIP+
Posty: 14499
Rejestracja: 15 lut 2009, 21:01
Lokalizacja: Szczecin

Różne opowieści o naszych zwierzętach

Post11 gru 2016, 14:54

Większość mojego życia spędziłam na wsi, w zasadzie osadzie, oddalonej o około 22 km od Skierniewic. Zawsze mieliśmy sporo zwierząt, zwłaszcza kotów i psów. Nazywali mnie kiedyś kocią mamą, bo nosiłam ze sobą małe kociaki.

Pierwszym psem jakiego pamiętam był Kubuś. On był kundelkiem, pamiętam jak sobie hasał w trawie i przybiegał na moje zawołanie. Nikt go nie uczył posłuszeństwa, ani żadnych sztuczek, po prostu sobie żył beztrosko. Do czasu aż w moje piąte urodziny poszłam z nim do parku, bo chciałam zaprosić do mnie koleżankę Patrycję, którą bardzo faworyzowałam i uważałam że jest lepsza ode mnie. Niestety zobaczyłam że pies stróża je kiełbasę. Chciałam żeby Kubuś też się poczęstował, ale nie wiedziałam, że kiełbasa była zatruta. Kubuś poczuł się źle, pamiętam jak któreś z moich rodziców, chyba Tata, trzymało psa nad ubikacją, licząc na to, że zwróci to co zjadł. Nic z tego. Rodzice zabrali Kubusia do weterynarza i niestety umarł. :( (U nas ktoś truł psy, w tym przybłędy, notorycznie.)

Uczuciem darzyłam też białą kurę... W zasadzie kwokę. Chodziła za nami jak pies i bardzo chciała by ją nosić na rękach. Chyba była bezimienna. Pewnego razu uciekła z kurnika, złożyła jaja w krzakach, w miejscu mojej przyszłej bazy i dochowała się małych kurczaczków. Zachwycałam się nimi, ale wówczas jadłam mięso i po prostu je zjadłam, jak już podrosły. :( Kwoka chyba umarła ze starości, albo została przez coś zagryziona, bo miewaliśmy psy bezlitosne dla drobiu.

Moi rodzice z kolei polubili jednego koguta, który został sam jeden, chodził sobie po ogródku i zajadał różne rzeczy. Ja za nim nie przepadałam, bo bywał agresywny, po prostu czuł się jak pan na włościach. Nie wiadomo jak długo sobie by żył, ale nastała zima i mój Tata zamknął go w komórce, aby nie zamarzł. Niestety było tam zatrute ziarno, chyba trutka na myszy lub szczury i kogut to zjadł i umarł.

Pewnego wieczoru, jak już byłam trochę większa, znajomy moich rodziców przywiózł nam nową suczkę, która dostała na imię Nuka. Była kundelkiem, ze strzałką na głowie, bardzo mnie lubiła, zdarzało się jej zsiusiać pod wpływem emocji. Nie umiała siadać na zawołanie, ani podawać łapy, aportować, itp. Była łagodna, tylko raz w życiu mnie ugryzła, jak posadziłam ją na ławce, tak niefortunnie, że łapa jej utknęła pomiędzy deskami. Wówczas zawołałam moją Mamę i ona pomogła Nuce. Kiedyś Nuka nam uciekła i zadała się z jakimś psem i zaciążyła. Urodziła tylko jednego szczeniaczka, którego nazwaliśmy Smyk. Urodził się w czasie zimy i Tata zamknął psy w komórce i pamiętam jak wzięłam małego psiaka, włożyłam go do kieszeni kurtki i zaniosłam go do znajomej, którą nazywałam ciocią, by go jej pokazać. Potem oddałam go Nuce. Kiedyś Smyk, jak już był trochę większy niefortunnie upadł mi na podłogę i uderzył się w głowę, potem żartowałam że od tego zgłupiał, ale nie był głupi. Niestety nikt nie pomyślał, by wykastrować Smyka i jak był okres godowy to on spłodził ze swoją matką młode, było kilka ich miotów. :( Z powodu rozmnażania wsobnego psiaki bywały chore i słabowite. Nuka i Smyk żyły całkiem długo, kiedyś były wyprowadzane na spacery, jeździły sobie do sadu należącego do mojego Taty, potem tylko siedziały w swojej zagrodzie i były wypuszczane do ogrodu. Bardzo lubiły podjadać sobie brukselkę. Nuka umarła w czasie zimy, a Smyk kilka lat później w czasie bardzo gorącego lata. Pożegnałam się z nim.

Kiedyś się zdarzyło, że do naszej wsi została podrzucona kotka w zaawansowanej ciąży. Pamiętam jak raz mimo swojego stanu wspięła się na brzozę, aby uniknąć ataku agresywnego psa. Moi rodzice zdecydowali się ją przygarnąć. Pewnego dnia przyszła za nasz dom, znajdujący się w parku i przyniosła z dwa małe kociaki. Zaczęłam szukać pozostałych kociąt, za biurem, tam gdzie składali drewno na opał, usłyszałam miauczenie, zaczęłam naśladować kota i wywabiłam stamtąd pozostałe młode i przyniosłam je do domu. Pamiętam, że jak podrosły to łaziły za mną jak psy. W każdym razie równocześnie Nuka się oszczeniła i spowodowaliśmy, że psiaki i kociaki się polubiły. Dla jednej rudawej kociczki było to zgubne, bo weszła do zagrody z psami i któryś z nich ją zagryzł. :(

Przeważnie mieliśmy kundelki, jeden z nich zagryzał nam kury i został wydany na wieś, ale pewnie skończył marnie, bo nie zmienił swoich zwyczajów. Mieliśmy też z dwa psy rasowe, jednego wilczura, który miał być szkolony na psa policyjnego, ale się do tego nie nadawał i w końcu wylądował u nas, oraz Maksa cocker spaniela, którego rodzice oddali znajomym. Jednak największym uczuciem darzyłam Nukę i Smyka, mimo że im czasem dokuczałam.

U nas, w zasadzie w naszej osadzie, bo to nie była typowa wieś, czasem podrzucano małe kotki i moja Mama czasem je przygarniała.

Moi dziadkowie, ze strony mojego Taty mieli sporo zwierząt, oraz króliki, z których robili np. pasztety. Pewnego razu oddali moim rodzicom króliczycę Trusię, która miała zostać zabita w późniejszym terminie. Jednak moi rodzice oraz ja zdążyli ją polubić i przetrzymywali ją w komórce, czasem zabierali ją do ogrodu, uprzednio zamknąwszy psy na ich wybiegu. W tym czasie Trusia, była przykryta jakimś koszem czy czymś tam i zajadała sobie trawę, mlecze, zdaje się, że była pod ich nadzorem. Nie wiem co mnie do tego podkusiło, ale zabrałam Trusię do ogrodu, przedtem zamknąwszy psy i ją tam zostawiłam. Niestety miewałam kłopoty z zamknięciem furtki i psy się stamtąd wydostały i któryś z nich zagryzł Trusię. Bardzo mi było jej żal i obecnie nie kupuję moim kotom konserwy z króliczym mięsem i dziwnie się czuję, jak moja Mama kupi sobie mięso z królika i robi sobie z niego potrawkę. :/

Jak byłam mała, to przynosiłam do domu małe jaskółki, które wypadły z gniazd i rodzice je dokarmiali, np. smażonym na twardo jajkiem. (Domyślam się, że to nie był właściwy pokarm.) Ja też chciałam je karmić i tak je przekarmiłam, że umarły. :( Kiedyś moi rodzice znaleźli rannego szpaka, chyba ze złamanym skrzydłem i został naszym nowym zwierzątkiem. Był przetrzymywany w klatce dla ptaków, pożyczonej od znajomych, czasem wystawialiśmy go na dwór, by pobył sobie na świeżym powietrzu. Moi rodzice nazwali go Ćwirek. Jak wiadomo nie miał wesołego życia, pewnego razu zostawiłam go bez nadzoru w klatce na dworze i chyba jakiś kocur go dopadł. :(

Miałam kiedyś jakiegoś białego kota, któremu ktoś przetrącił kręgosłup i mój Tata nazwał go Klaudiusz. Wbrew moim przewidywaniom żył dość długo, do czasu aż zapadł na jakąś kocią chorobę. Jakiś czas później znajomi moich rodziców podarowali nam czarnego kocura, którego kiedyś nosiłam na rękach i zabierałam na spacery do pobliskiego parku. Potem przestałam to robić i wychodził samopas i gdzieś przepadł. Mieliśmy też białego kocura, którego nazwałam Figielkiem, bo kiedyś rozrabiał i on został potrącony przez samochód. Akurat była u nas moja ciocia i zapłaciła za operację kota. Potem go moi rodzice nazwali Białym i już tak zostało. W każdym razie Biały wyzdrowiał i wychodził sobie na dwór. Pewnego dnia moja Mama przez okno zobaczyła jak dzieci bawiły się małym kotkiem. Porozmawiała z nimi i okazało się, że zwierzątko znalazły w pobliskim lesie, w ogóle nie chciały go wziąć do domu i moja Mama je przygarnęła i w ten sposób znalazła się u nas kotka, którą na cześć innej, nazwałam Panienka. Biały traktował ją jak małe kocię, mył ją, a ona lubiła jego towarzystwo. Biały czasem znikał, ale na ogół wracał. Kiedyś nawet wrócił do nas po około dwóch latach nieobecności, chyba późną jesienią i nieopatrznie go przepłoszyłam, bo niepotrzebnie kapnęłam na jego futro środkiem, który miał odstraszać pchły. :(

Panienkę, jak była mała, wypuszczałam na dwór. Mój Tata miał jej pilnować. Pamiętam że wołałam moją kotkę, a ona nie odpowiadała, czasem siedziała sobie w krzakach, albo właziła do piwnicy. W końcu przepadł nam Biały, Panienka zaczęła przechodzić na drugą stronę ogrodzenia, wówczas mieszkaliśmy w pobliżu szosy i przestałam ją wypuszczać. Pewnego razu moja Mama kupiła kotce smycz, a ja ją zabrałam na spacer. Wpierw bałam się komentarzy współmieszkańców i cichaczem zabierałam kotkę na nocne spacery, do czasu aż dostała zapalenia płuc, wówczas po wyleczeniu jej przez weterynarza zaczęłam chodzić z nią na spacery za dnia i bardzo to lubiła. W między czasie w naszej miejscowości pojawił się rudy kocur, który trochę zdziczał i żył sobie po drugiej stronie szosy. Jednak zaczął wchodzić na nasz balkon, moja Mama go dokarmiała i w końcu zaczęłyśmy go wpuszczać do domu i zostawał tam coraz dłużej. Ja nazwałam go Rudi. Nie zwracał prawie uwagi na Panienkę, nie była dla niego atrakcją, bo jak była trochę podrośnięta, to dostała ropomacicza, na skutek zastrzyków hormonalnych, które miały zapobiec jej rui, po prostu nie chcieliśmy jej zakocić. Niestety miewał pecha, ktoś go z dwa razy próbował otruć, raz został zraniony chyba przez innego kota i miał paskudną ranę. Jak był chory to trzymałam go w domu, ale jak tylko poczuł się lepiej, to szalał, wspinał się framugach okiennych, aż pewnego wieczoru moja Mama go wypuściła, akurat był rekonwalescentem, no i chyba go jakiś samochód zabił. :(

Pewnego razu ktoś w mojej osadzie podrzucił małą kotkę. Wyglądała młodo, bo była drobniutka. W czasie jesieni się okociła w garażu moich sąsiadów i miała tylko dwa młode. Potem wyszła z nimi na zewnątrz, była dokarmiana przez okolicznych mieszkańców, zwłaszcza przez babcię mojej koleżanki Justyny, oraz moją Mamę. Kotka przyprowadzała swoje kociaki na nasz balkon i one tam dostawały jedzenie. Tuż przed Sylwestrem, kotka zachorowała, wyglądała fatalnie, ale moja Mama i ja nic nie zrobiłyśmy by jej pomóc, tylko wyjechałyśmy w odwiedziny do mojego brata Andrzeja. Jak wróciłyśmy to okazało się, że kotka została przygarnięta przez naszą sąsiadkę z góry, której można wiele zarzucić, bo nie stroniła od kieliszka, ale lubiła zwierzęta. W każdym razie jedno kocię, to bardziej ufne, gdzieś przepadło, może ktoś je przygarnął albo umarło i pozostało drugie, bardzo zdziczałe. Jednak ono nauczyło się przychodzić na nasz balkon. Robiło się coraz zimniej i moja Mama zwabiła kociaka do naszego mieszkania, używając miski z karmą. Potem zamknęłam drzwi balkonowe i w ten sposób pojawił się u nas tchórzliwy kocurek, któremu moja Mama dała na imię Mikuś. Wpierw go oddzieliliśmy od bardzo zazdrosnej Panienki, z biegiem czasu koty się polubiły. Obecnie lubią obok siebie spać, wzajemnie wyjadają sobie jedzenie, z tymże Mikuś woli chrupki, a Panienka konserwę. Czasem się biją, ganiają, ale przeważnie żyją w zgodzie. Mikusia jakoś nie ciągnie na dwór. Kiedyś zabrałam go na spacer na smyczy i tak się przeraził, że czym prędzej musiałam z nim wrócić do domu. W wakacje zabieraliśmy wpierw tylko kotkę, jak była sama, a potem i Mikusia do Szczecina, aż w końcu się z nimi tutaj wprowadziliśmy. Nie wypuszczam ich na dwór, bo one to koty domowe, wiejskie, nieprzywykłe do miejskiego życia, poza tym wiem że panicznie boją się samochodów.

Cechą szczególną Mikusia jest to, że bywa strachliwy, ale jest naszym małym pieszczochem i lubi podgryzać różne rośliny. Jednak na szczęście przestał gryźć jedną palmę i przestał lizać kliwię, która mogłaby mu zaszkodzić. On pije tylko wodę, Panienka czasem dostaje mleko, nie za często bo czasem jej szkodzi. Oba lubią konserwy z Rossmanna, tzw. Winstony, oraz lepsze chrupki, bo moja ciotka trochę je rozpuściła. Śpią gdzie tylko mają ochotę. Mają jeden fotel do drapania, chociaż czasem Panienka ostrzy pazurki na wiklinowym koszu. Z rzadka bawią się myszką. Czasem późnym wieczorem lub w nocy urządzają kocie gonitwy. Czasem wykastrowany Mikuś miauczy tak, jakby był okres godowy.

Reasumując, miałam wiele zwierząt, zwłaszcza kotów. Obecnie mam około 14 letnią Panienkę i młodszego od niej o siedem lat Mikusia. Wolę koty od psów, bo są łatwiejsze w utrzymaniu, nie brudzą na ulicach, są indywidualistami, potrafią okazywać miłość, chociaż czasem to robią w porze karmienia. Na szczęście nie doskwiera im samotność i lubią nasze towarzystwo. Bardzo lubię moje koty. :)


Opowiedzcie proszę o Waszych zwierzakach, dawnych i obecnych. Z chęcią zapoznam się z Waszą historią. :)
Pozdrawiam, Joanna

Format to nie rozwiązanie, tylko kapitulacja.


  • Reklama

Wróć do „Blog”



Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość