Smutna szara pani

Blogi użytkowników forum Hotfix
Awatar użytkownika
stukot

VIP+
Posty: 14944
Rejestracja: 15 lut 2009, 21:01
Lokalizacja: Szczecin

Smutna szara pani

Post13 gru 2016, 18:38

Smutna szara pani.

Wiem, że nas wszystkich kiedyś dopadnie, bez wyjątku, czy są bogaci, władają innymi, są geniuszami lub zwykłymi przeciętniakami, nie będzie znać litości dla nikogo. Kiedyś śmierć, bo o niej mowa, była dla mnie czymś abstrakcyjnym, zwłaszcza jak chodziłam do podstawówki. Z okazji dnia zmarłych byłam zmuszona razem z innymi dziećmi sprzątać na pobliskim cmentarzu, bardzo tego nie lubiłam, zwłaszcza że nie spoczywał tam nikt z moich bliskich. Jakoś grób ze zmarłymi, w większości anonimowymi żołnierzami, nie był bliski mojemu sercu. Konieczność sprzątania grobów była dla mnie nudnym obowiązkiem.

Wpierw umarła moja babcia od strony mojej Mamy. Pamiętam że wcześniej, jak miałam dziewięć lub dziesięć lat odwiedziłam ją w szpitalu. Było z nią bardzo źle, ale to do mnie nie docierało. Do babci także nie bo do końca lekarze nie powiedzieli jej, że jest w fatalnym stanie. Więc nie miała możliwości pożegnania się z życiem. W zasadzie nie wiem co ją zabiło, chyba jakiś rak, albo płuc, albo kobiecy, ale pod tym ostatnim względem ponoć moja rodzina nie jest obciążona genetycznie.

Mój dziadek, tata mojej Mamy, wpierw całkiem dobrze sobie radził w Szczecinie. Umysłowo był w dobrym stanie. Do czasu aż został poddany jakiejś operacji i lekarze odwalili fuszerkę, bo mój dziadek zaczął mieć problemy z utrzymaniem równowagi, stał się całkiem niezdolny do samodzielnego życia i dopadła go demencja. Moja Mama sprowadziła swojego ojca do nas na wieś. Trzeba było go pilnować, bywał ohydny, oraz agresywny i w końcu moja Mama oddała go do szpitala. Jednak po krótkim czasie go zabrała z powrotem do domu, bo mój dziadek mocno schudł i tam traktowali go zdecydowanie źle. W każdym razie żył sobie u nas kilka lat, aż w końcu w czasie jednego z nielicznych przebłysków, zdecydował się zagłodzić na śmierć. Przyjeżdżała do niego chyba pielęgniarka i siłą podłączali mu kroplówkę, jednak mój dziadek dopiął swego i w końcu pożegnał się z życiem.

Kolejną osobą, która umarła był mój dziadek od strony mojego Taty. Mój dziadek miał raka krtani, ale chyba jakiegoś mniej inwazyjnego, bo nie został niemową i po chemioterapii lub naświetlaniu czasem jechał pociągiem do Szczecina, z Sulęcina, by poddać się kontrolnemu badaniu. Czyli wszystko szło ku dobremu, do czasu jak mój dziadek wracał po ciemku pieszo z Sulęcina i potrącił go jakiś samochód, sprawca uciekł, a dziadek umarł. Nie wiem czy poniósł śmierć na miejscu. Czy dogorywał w samotności. Naprawdę nie wiem.

Następnie śmierć dopadła mojego Tatę. Jak już pewnie wiecie, albo i nie, zabił go guz mózgu, z którym nie poradziła sobie ani operacja, ani chemioterapia, ani jakiś super lek. W przeciwieństwie do pewnego księdza, który od lat zmaga się z glejakiem, mój Tata żył zaledwie kilka miesięcy. Czyli jednak jest jakiś postęp. Więc chorzy na raka, oraz na inne przewlekłe schorzenia, nie powinni tracić nadziei.

Ostatnio osobą, która umarła, była moja babcia od strony mojego Taty. Moja babcia bardzo długo była w dobrym stanie, potem jak mój Tata umarł, był jej drugim synem, którego przeżyła, całkiem się załamała i zaczęła trochę dziwaczeć. Poza tym standardowo została poddana jakiemuś zabiegowi i to źle wpłynęło na jej umysł, ale umarła na skutek powikłań.

Ponadto moja Mama i ciocia Ania miały jeszcze kiedyś brata, który miał na imię Wojtek. Nie było mi dane go poznać, bo utopił się w Odrze, zostawiając list pożegnalny, w którym napisał, że już dłużej nie mógł z tym walczyć. Nie wiem co spowodowało, że skutecznie odebrał sobie życie... Może zawód miłosny, albo lęk przed dorosłością... Naprawdę nie wiem... Jednak nie widzę sensu w jego czynie. Bo wiem, że osoby dotknięte depresją, jak im będzie dane tego dożyć, to prędzej czy później stwierdzą, że jednak warto żyć. Jednak nie wszystkie. Niektórzy będą próbować się zabić do skutku, zwłaszcza mężczyźni...

Jednak uważam że nie warto jest odchodzić w nicość... Jako ateistka bardziej pojmuję sens życia... Wierzący mogą sobie wierzyć, że po śmierci trafią do nieba, znajdą się w lepszym świecie. Ja wierzę, że nie ma innego życia, niż nasze doczesne i dlatego należy je doceniać.

Wiem jednak że zdarzają się osoby nieuleczalnie chore, które błagają o śmierć, a ktoś wbrew ich woli tylko przedłuża ich cierpienie. Niektórzy z nich poddają się w niektórych krajach, np. Holandii, eutanazji. Jednak nie widzę sensu w eutanazji z powodu głębokiej, nieskutecznie leczonej depresji, bo wierzę w postęp, w to że kiedyś będą lepsze leki na tzw. ból życia, oraz na inne schorzenia.

Obecnie nie lubię chodzić z moją Mamą na cmentarz, na którym spoczywają moja babcia i mój niedoszły wujek. Bo dopadają mnie lęki egzystencjalne. Wiem, że wszyscy pomrzemy, ale pobyt na cmentarzu tylko nasila moje lęki przed nieuniknionym, przed samotnością w wielkim, obcym mieście. :(

Nawet wymyśliłam krótką piosenkę, która opisuje mój przyszły marny koniec:

Kiedyś skończę marnie,
umrę w samotności,
zamkną mnie w szpitalu,
nie będę mieć gości.


Po prostu obawiam się, że na starość dopadnie mnie demencja, tak jak mojego dziadka i zamkną mnie w szpitalu lub w domu starców bo nie będzie nikogo kto chciałby się mną zająć. Albo jak będę w podeszłym wieku poddadzą mnie jakiejś operacji i na skutek niedotlenienia przestanę być zdolna do samodzielnego życia.

Czeka mnie raczej samotna śmierć, zwłaszcza że mój brat z rodziną mieszka w Warszawie i rzadko utrzymuje z nami kontakt, a moja siostra Gosia mieszka z bliskimi w Hiszpanii, a moja ciotka Ania mieszka z synem w Niemczech.

W każdym razie na starość nie chcę wylądować za granicą, ani w stolicy.

Jednak bywają ludzie, którzy długo żyją i są w dobrym stanie, jak np. dziadkowie mojej koleżanki Justyny. Oboje przeszli nawet jakieś małe zabiegi, np. usunięcia zaćmy i na szczęście to źle nie wpłynęło na ich umysł.

Jednak nie mam szklanej kuli i nie wiem co mi los przyniesie. Może patrzę zbyt fatalistycznie na mój przyszły los...

Póki co należy cieszyć się życiem, obecnością bliskich, albo świadomością, że poza naszym krajem raczej dobrze im się żyje, zwłaszcza że nie chcą do nas wrócić. :(
Pozdrawiam, Joanna

Format to nie rozwiązanie, tylko kapitulacja.


  • Reklama

Wróć do „Blog”



Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Bing [Bot] i 1 gość